wtorek, 18 stycznia 2011

Potyczki z beretem

   Pewność siebie mnie zgubiła. Myślałam, że po zrobieniu rękawiczek, żadna robótka nie będzie dla mnie straszna. Postanowiłam zapomnieć, że już kiedyś opadłam z sił próbując zrobić prostą czapkę. Wtedy poświęciłam na to cały wieczór. Praca poszła szybko i bez problemów. Już właściwie to powinno mnie zdziwić. Zawsze wierzyłam, że wychodzi tylko to, co przychodzi z trudem, w co trzeba włożyć wiele główkowania i co najważniejsze serca. Moja pierwsza czapka okazła się klapą i na długo została ukryta w kartonowym pudle w zakamarkach strychu. Z drugiej strony to bardzo dziwne jak wiele rzeczy wypycham na ten samotny strach. 
   Wracając do mojej czapki. Wiedziałam jak chcę, żeby ona wyglądała, ale tak naprawdę nie umiałam tego zwizualizować. Już od kilkunastu miesięcy byłam w posiadaniu gazety z wzorem czapki, ktory wprost zawładnął moim umysłem. Niestety, marzenie nie miało się tak szybko spełnić. 
    Ale zacznijmy od początku. W trakcie jednej z lumpeksowych wypraw,  nabyłam za symboliczną złotówkę, zieloną włóczkę. Jej splot przypominał mi strukturę sznurówki. Od razu moje myśli zostały skierowane w stonę gazety z schematem czapki. Już wyobrażałam sobie jak paraduję ulicami w mojej nowej czapce, zrobionej własnoręcznie za grosze. Na samą myśl rozpierała mnie duma.
   Zasiadłam do dziergania zaopatrzona w gazetę, druty i włoczkę. Wykonanie ściągacza poszło gładko, ale po jego zakończeniu coś mnie podkusiło, żeby wprowadzić własny pomysł w czyn. Ach dlaczego dałam się ponieść wyobraźni? 


   Tym sposobem całkowicie zrezygnowałam z korzystania z schematu w gazecie, a wprowadziłam motyw warkocza na 12 oczek i powtórzyłam go, o zgrozo, aż sześć razy. Jednak moje umiłowanie do warkoczy powinno mieć swoje granice. Może nie byłby to zły pomysł, gdyby zależało mi na wykonaniu klasycznej, przylegającej do głowy czapki. Ale ja marzyłam o czapce worku lub berecie. A tymczasem warkocze ścisnęły całą moją czapkę, jak pomarańczę w maszynie do wyciskania soków (no może nie dosłownie). 
  Stwierdziłam, że "jak się nie ma co się lubi to się lubi, to się lubi co się ma". Pozbawiona jednej możliwości skupiłam się na wykonaniu czapki-worka. Z konieczności używania drutów prostych (nie mam daru dziergania na drutach z żyłką) wyniknął kolejny problem. Nie mogłam oszacować czy mam już pożądaną długość czapki. Efektem tego było dwukrotne prucie zakończenia i ponowne, powolne jej dopracowywanie. I nareszcie zakończyłam, myślałam, że to już nigdy nie nastąpi. Przywdziałam dumnie nowe dzieło i zaczełam wszystkim się pokazywać.
  Oczekiwałam okrzyków zachwytu, ale ku mojemu zdziwieniu nie mogłam na nie liczyć. Widziałam jak kolejne Przyjazne Dusze toczyły walke same ze sobą, nie chcąc mnie urazić, a jednocześnie próbując być w stosunku do mnie całkowicie szczere. Domyśliłam się, że coś jest nie tak. Kolejno dusze zaczeły się łamać i mówić otwarcie, co sądzą o moim nakryciu głowy. Byłam im wdzięczna, bo szczerość cenię. Przyznaję, mieli rację. Postanowiłam, że nie spruję czapki natychmiast, musiała odleżeć swoje. 


   Po kilku miesiącach wytknęłam sobie błędy. Zastosowałam za cienkie drutu (4,5) i zły wzór. Nastąpił czas prucia. Poniewaz nie mam cierpliwości do tego rodzaju czynności wezwałam pomoc w postaci Pana X (ucieleśnienie cierpliwości). Z kłębkiem włóczki i nauczona błędami ponownie zasiadłam do pracy. Postanowiłam zrezygnować z wszelkiego rodzaju ozdobnych wzorów i wykonać prosty beret. I tak machałam sobie nowymi, bambusowymi drutami, śledząc akcję filmu "Nieśmiertelny". Po kilku godzinach pracy okazało się, że znowu mi nie wyszło. Beret okazał się za duży i wyglądałam jakbym miała garnek na głowie.  Nic nie mogło go już uratować.
   Już miałam się poddać i zrezygnować z robienia beretu, ale nie dałoby mi to spokoju. Tym sposobem powróciłam do pierwotnego planu i czapki z gazety. Byłm już teraz zdecydowana, że chcę coś na kształt beretu. Cały motyw rozpracowałam starannie w zeszycie. Rozliczyłam oczka i zabrałam się z ogromną cierpliwością i starannością do pracy. 
   Podobała mi się moja praca, do pewnego momentu. A mianowicie do etapu gubienia oczek. Efetkt był nieestetyczny, więc znów musiałam pruć i dopracowywać. Jaka to była ulga dla mnie, że tym razem po tylu pruciach wszystko się udało. 
   Nie żałuję tych wielu godzin, ani nie uważam ich za stracone, bo każde doświadczenie czegoś nas uczy :).

4 komentarze:

  1. Najważniejszy jest efekt końcowy.Nie zawsze wszystko wychodzi od razu tak jakbyśmy chcieli. Czasem trzeba pruć tez tego nie lubię ale co zrobić. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Eve-Jank trzeba czasem dużo pogłówkować zanim zostanie stworzone to co mieszka wśród Naszych pomysłów :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ładna czapka. Niestety chyba brak mi twojego zapału i moja czapka dla synka wciąż ma wygląd motka włóczki, a też marzyły mi się warkocze.

    OdpowiedzUsuń
  4. makneta, ja o mojej czapce też marzyłam długo, aż nadszedł zapał. Nie zniechęcaj się. Życzę powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń