Czapka wzorem patentowym


  Czapka, którą widzicie na zdjęciu, już nie istnieje. Z rozpędu, przy jej wykonywaniu, popełniłam poważny błąd. Całą czapkę zrobiłam wzorem patentowym, a jak wiadomo, wzór ten nadaje czapce mięsistości. Luźna forma idealnie sprawdza się na czapki, jednak bez wzmocnienia ścigaczem, nie wróży to sukcesu. 
  W poprawionej wersji, czapka wygląda bardzo podobnie. Ściągacz zrobiłam jednak wzorem półpatentowym, dzięki czemu dobrze trzyma się i nie spada na oczy. Ponieważ włóczka jest bardzo gruba, czapka powstaje w tempie ekspresowym. Należy pamiętać, że wykonując czapkę ściegiem patentowym zużyjemy więcej włóczki niż wykonując taką samą czapkę np. wzorem ściągaczowym. Czapki przybywa nam też w wolniejszym tempie, ale efekt jest tego wart.
Dane techniczne:
- druty proste 6,5 mm,
- włóczka WOOL AND THE GANG, 100% recycle wool

Długi szalik ściegiem francuskim


 Mój kolejny zaległy twór. Szalik powstawał z przerwami około rok. Ponieważ założyłam, że nigdy nie opuści mojej szafy był już nawet przeznaczony do oddania. Czekał w worku, aż ten zostanie zapełniony, ponieważ jednak proces ten przebiegał bardzo wolno, zdołałam go ocalić. Podobnie zresztą jak czapkę, która była już pokazywana na blogu, oraz rękawiczki, które jeszcze nie miały swojej premiery.


  Cały szalik powstał z nitki podwójnej, prawdopodobne na drutach 5,5 mm. Zaczęłam od tworzenia części melanżowej, w której połączyłam wielobarwną nitkę z szarą włóczką. Dzięki temu powstał przygaszony melanż. Następnie zrobiłam jedną z szarych części. Po tym etapie założyłam sobie, że dokupię włóczkę melanżową i z niej stworzę trzecią część szalika.


Niestety, włóczki nie udało mi się dokupić, a wymiary szalika, które osiągnął do tego momentu, nie pozwalały mi się nim cieszyć. Zrezygnowana pochowałam wolne nitki i zakończyłam pracę. Oczywiście po pewnym czasie, włóczka się pojawiła, ale ja nie zamierzałam już eksperymentować. Aż do czasu.... Sprułam czapkę i zyskałam nowy budulec. Szary. Wpadłam więc na pomysł, że skoro szalik miała się składać z trzech części, to nadal może tak być, z tym, że zamiast przygaszonej melanżowej części, uzyskam szarą.


   Nie chciał jednak już nic pruć. Wbijam się więc w pierwsze oczka szalika, nabrałam wymaganą ilość i dorobiłam brakujące fragmenty.
   Mój szal osiągnął chyba dwa metry długości. Prawdopodobnie liczę na srogą zimę.


Ta włóczka przeszła już wszystko...

  
 Nie lubię uczucia, które towarzyszy zalegającym zapasom włóczki.  Dlaczego? Niby taka włóczka do czegoś może się przydać, a w rzeczywistości leży i uderza w drażliwą strunę gospodarności. Więc hamuję się przed kolejnym zakupem i próbuję na siłę stworzyć projekt. W konsekwencji nie robię nic. 
Ale moment mam wenę, stworzę poduszkę. Przecież to łatwe. Nabieram szybko oczka, dwa razy, bo za pierwszym razem nabrałam za dużo. Mam już połowę i o złośliwy losie włóczka się skończyła.  To było do przewidzenia. Staram się dobrać inną również z zapasów. Czerwona odpada, czarnej nie chcę, różowa, co tu robi różowa włóczka. Nic nie pasuje... Pruję... Teraz ta włóczka stała się ogromnym wyrzutem sumienia.  Podejście drugie, dostosowane do ilości materiału, zrobię pingwina (po co mi pingwin?). Przy drugim okrążeniu zmieniłam zdanie i decyduję się na dywanik.  Teraz czuję ten projekt. Bez dodatkowych zakupów się nie obejdzie. Biegnę do sklepu, gdzie dwa lata temu kupiłam włóczkę.  Nie mam etykiety, nie pamiętam nazwy. Ale szary to szary .... jednak ten za ciemny, ten za jasny, ten za pstrokaty. Oczy skierowane wysoko do nieba też nie pomogą. Nieprzekonana biorę dwa motki ciemnej włóczki. Obiecuję, obiecuję znowu zbierać etykietki
Wracam do dziergania... chyba, że znów się rozmyślę.