wtorek, 19 listopada 2019

Ta włóczka przeszła już wszystko...

  
 Nie lubię uczucia, które towarzyszy zalegającym zapasom włóczki.  Dlaczego? Niby taka włóczka do czegoś może się przydać, a w rzeczywistości leży i uderza w drażliwą strunę gospodarności. Więc hamuję się przed kolejnym zakupem i próbuję na siłę stworzyć projekt. W konsekwencji nie robię nic. 
Ale moment mam wenę, stworzę poduszkę. Przecież to łatwe. Nabieram szybko oczka, dwa razy, bo za pierwszym razem nabrałam za dużo. Mam już połowę i o złośliwy losie włóczka się skończyła.  To było do przewidzenia. Staram się dobrać inną również z zapasów. Czerwona odpada, czarnej nie chcę, różowa, co tu robi różowa włóczka. Nic nie pasuje... Pruję... Teraz ta włóczka stała się ogromnym wyrzutem sumienia.  Podejście drugie, dostosowane do ilości materiału, zrobię pingwina (po co mi pingwin?). Przy drugim okrążeniu zmieniłam zdanie i decyduję się na dywanik.  Teraz czuję ten projekt. Bez dodatkowych zakupów się nie obejdzie. Biegnę do sklepu, gdzie dwa lata temu kupiłam włóczkę.  Nie mam etykiety, nie pamiętam nazwy. Ale szary to szary .... jednak ten za ciemny, ten za jasny, ten za pstrokaty. Oczy skierowane wysoko do nieba też nie pomogą. Nieprzekonana biorę dwa motki ciemnej włóczki. Obiecuję, obiecuję znowu zbierać etykietki
Wracam do dziergania... chyba, że znów się rozmyślę.



3 komentarze:

  1. Wróciłaś! Warto było czekać. Gdy zobaczyłam informację o nowym wpisie aż podskoczyłam na krześle z radości :) Ciekawa jestem efektu końcowego tej szarości.
    Niedawno miałam podobny problem, dziergając spodenki dziecięce. Kilka razy robiłam przegląd włóczek i na szczęście udało mi się dobrać odpowiedni zestaw bez kupowania nowych.

    OdpowiedzUsuń
  2. O jak to dobrze że jesteś i to z takim postem co i w mojej głowie siedzi.

    OdpowiedzUsuń